Wątki bez odpowiedzi | Aktywne wątki Teraz jest N lis 19, 2017 14:56



Odpowiedz w wątku  [ Posty: 97 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona
 Byłam zakonnicą 
Autor Wiadomość

Dołączył(a): N kwi 12, 2009 10:55
Posty: 14
Post Byłam zakonnicą
Przez pewien czas byłam w zakonie kontemplacyjnym. To były piękne chwile wejrzenia w swoje wnętrze. Podjęłam jednak decyzję o życiu w świecie zewnętrznym. To było całkiem niedawno, więc te wszystkie uczucia, budowanie wszystkiego na nowo jest bardzo świeże. Rozczarowałam się reakcjami środowiska, bo mam wrażenie, że wystąpienie w zakonu ( nie mając nawet ślubów) jest bardziej potępiane społecznie niż przypadki rozwodów, zdrad, alkoholizmu. Jakoś te ostatnie zjawiska bardzo ludziom spowszedniały i wpisały się w ich życiorysy i mentalności, ale "zrzucenie" welonu zakonnego to przyczyna zbulwersowania i wytykania.


N kwi 12, 2009 13:11
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn maja 03, 2004 5:59
Posty: 175
Post 
Pestko ja także wystąpiłam z zakonu, ale powodem była wykryta choroba, jest wyleczalna więc mogę wrócic jeśli nadal w tym kierunku będę rozeznawac, na dzień dzisiejszy wsłuchujęsię w głos Boży, ale tęz widzę jak reagują na mnie ludzie, wróciłam z zakonu bardzo chuda i nadal nie mogę utyc ( to przez chorobę) i oczywiście twierdzono, że to siostry mnie zagłodziły, gdy poprzekazywano sobie, że możliwe, że wrócę do zakonu to odezwały się głosy, po co, przecież już byłam powinno mi wystarczyc, z drugiej strony gdy ludzie widzą, że żyję normalnie, zgodnie z obecnym stanem osoby świeckiej i ubieram się w modne ubrania, to znów twierdzą, że niby ja chcę byc zakonnicą. Najlepiej nie przejmowac się tymi głosami, ludzie nie rozumieją tego, że ktoś nie chce postępowac ze swoim życiem wg. własnego widzi mi się, tylko odczytuje wolę Boga względem niebo- dla nich takie myślenie to Średniowiecze. Kiedyś bardzo się tym przejmowałam, teraz już nie, bo to chodzi o moje życie- moje szczęscie. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy ludzie tacy są. Pozdrawiam

_________________
Cieszmy się z małych radości


N kwi 12, 2009 14:36
Zobacz profil

Dołączył(a): N kwi 12, 2009 10:55
Posty: 14
Post :)
Nie dziwią mnie relacje ludzi dość neutralnych wobec wiary, bo rozumiem, że często myślą schematami. Najbardziej zdumiewająca była dla mnie postawa ludzi dość zaangażowanych religijnie, którzy dawali mi wyraźnie odczuć, że popełniam wielki błąd. Uniezależnienie się wobec opinii innych to wielkie wyzwanie, pracuję nad tym:) Trzeba znać swoją wartość na przekór "dobrym radom", "sugestiom" i "komentarzom". Dzięki tej sytuacji ( moje wystąpienie z zakonu), wielu chyba miało konkretny egzamin z tolerancji. Nieliczni nie oblali:) Jednak moje podejście do wiary bardzo się zmieniło...


N kwi 12, 2009 16:34
Zobacz profil

Dołączył(a): Cz lut 26, 2009 20:16
Posty: 20
Post 
rozumiem co masz na myśli, ja odeszłam 3 lata temu, byłam osobą dość mocno zaangażowaną w parafię i miałam wiele znajomych osób wśród księży i kleryków. Z tych znajomości niewiele zostało, niestety jest to związane z moim odejściem z klasztoru. Kiedyś jeden kleryk powiedział mi że o osobach które odchodzą z seminarium mówi się jak o umarłych, więc co się dziwić nastawieniu świeckich skoro sami zainteresowani mają takie zdanie. Nawet dzwoniąc do moich współsióstr starsze siostry które odbierały mówiły mi że i tak wiedzą, że do nich wrócę już nie wspomnę o straszeniu mnie zmarnowaniem powołania. Po odejściu z klasztoru musiałam się zmagać z ogromną pustynią, z brakiem wspólnoty... Nie jest łatwo, nie ukrywam, zwłaszcza, że człowiek czuje się samotny na swojej drodze powołania.


Pn kwi 13, 2009 14:41
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn maja 03, 2004 5:59
Posty: 175
Post 
Rahell to smutne, ja na szczęscie w mojej wspólnocie nie spotkałam się z czymś takim jeśli chodzi o te co odeszły i było wiadomo, że już nie wrócę, siostry nadal mają z nimi kontakt, one przyjeżdżają na odwiedziny ze swoimi rodzinami, jest to miłe, bo u nas panuje takie przekonanie, że Bóg może dac powołanie na dany czas- do zakonu, by pokazac coś człowiekowi i odchodząc nie musi to znaczyc złego rozeznania. Niestety wiem, że są zgromadzenia ( między innymi to w którym jest moja ciocia), że siostry nie mogą się kontaktowac z tymi co odeszły, jest to dla mnie bez sensu, nie mi jednak oceniac, dobrze, że Bóg patrzy na to inaczej i chce naszego szczęścia.

_________________
Cieszmy się z małych radości


Pn kwi 13, 2009 18:58
Zobacz profil

Dołączył(a): Cz lut 26, 2009 20:16
Posty: 20
Post 
ano są takie zgromadzenia, ja właśnie w takim byłam, odejść musiałam rano, tak żeby mnie nikt nie widział, no i do tej pory niektóre mojej współsiostry mnie unikają, to jest bardzo przykre gdy się odchodzi. Bo decyzja o moim odejściu była bardzo trudna, a to jak mnie potraktowano w samej chwili sprawił u mnie dodatkowy ból, nie ukrywam. Z tym chyba musiałam się najbardziej uporać, z tym poczuciem, że osoby, które były mi bliskie, tak mnie potraktowały, bądź co bądź traktowałam je jak rodzinę.
Żyję niby normalnie, ale nie uporałam się z tym żalem wobec sióstr. :) Ale co nas nie zabije to wzmocni :) więc trzeba płynąć dalej :) i żyć dalej wypełniając swoje powołanie ;)


Wt kwi 14, 2009 21:37
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz sty 31, 2008 22:30
Posty: 1192
Post 
Rahhel napisał(a):
Kiedyś jeden kleryk powiedział mi że o osobach które odchodzą z seminarium mówi się jak o umarłych

Dziwność nad dziwnościami...
...jeśli człowiek po jakimś czasie stwierdza, że życie zakonne itp. nie jest dla niego to chyba należy się cieszyć, że rozeznał swoje powołanie (Ci którzy pozostają będą trwać w niepewności, aż do ślubów wieczystych ;) ). Jasne, że wynik tego rozeznania pewnie nie zachwyci przełożonych, ale postawa o jakiej mówisz była by co najmniej nieelegancka i jeśli rzeczywiście osoby, które porzuciły seminarium, nowicjat itp, traktuje się jak trędowate to ktoś "w drodze kuświętości" zgubił zwyczajną przyzwoitość.
pozdrawiam i respect for all 8)

_________________
O Tobie mówi serce moje;
szukaj Jego oblicza...


Wt kwi 14, 2009 22:31
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn maja 03, 2004 5:59
Posty: 175
Post 
Rahel moja jedna koleżanka też tak musiała opuszczac zgromadzenie i gdy ja jej opowiadałam,że od mojej decyzji do odejścia minęły 4 dni, siostry już wiedziały i nadal traktowały mnie normalnie, żegnały się ze mną, przygotowały pożegnalną wystawkę i nadal mam z nimi kontakt, jeżdże, odwiedzam,to ona popłakała się, wierzę , że to bardzo trudne do przyjęcia, bo tak jak piszesz to była Twoja rodzina, a rodzina nie powinna tak postąpic.

_________________
Cieszmy się z małych radości


Śr kwi 15, 2009 8:58
Zobacz profil

Dołączył(a): Śr maja 17, 2006 19:45
Posty: 77
Post 
Szczęśliwa, Twoja sytuacja była nieco inna, Ty odeszłaś z zakonu z przyczyn, można powiedzieć niezależnych od Ciebie, zatem Twoja decyzja została potraktowana zupełnie inaczej. A swoja drogą ten brak zrozumienia jest godny pożałowania.


Śr kwi 15, 2009 9:13
Zobacz profil
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz sie 21, 2008 19:19
Posty: 12583
Lokalizacja: Chorzów, Śląskie
Post 
Hmmm

Po to jest czas do ślubów wieczystych czy czas seminarium, żeby decyzję można było rozeznać i ewentualnie zmienić. Zmienić = odejść. Inaczej należałoby przyjmować śluby wieczyste lub udzielać sakramentu kapłaństwa od razu. Na wejściu, żeby ktoś nie ośmielił się pomyśleć inaczej.

Znam ludzi po wielu latach seminarium, którzy odeszli przed święceniami i założyli rodziny. Znam człowieka, który dwa razy wstępował, i ani razu nie skończył, obecnie ma rodzinę i kilkoro dzieci. I nikt mu żadnych wstrętów nie robi.

Bóg potwierdza powołanie nie w momencie wstąpienia do zakonu czy seminarium, ale sakramentem lub w momencie złożenia ślubów. Wcześniej jest czas rozeznawania, w który z założenia wpisana jest możliwość zmiany!

_________________
Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony


Śr kwi 15, 2009 9:59
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn maja 03, 2004 5:59
Posty: 175
Post 
jotko- dokładnie, dlatego właśnie zakon czy seminarium może byc czasem przejściowym i nie powinno się potępiac za odejście. Moja współsiostra 3 razy wstępowała i wreszcie za 3 razem została i jest już po ślubach, ale uważa , że tamte odejścia były jej potrzebne- nieznane są nam ludziom drogi Pana.

_________________
Cieszmy się z małych radości


Śr kwi 15, 2009 18:17
Zobacz profil

Dołączył(a): Cz lut 26, 2009 20:16
Posty: 20
Post 
macie rację, ja nie żałuje że byłam w klasztorze, bo to był dla mnie piękny czas rozeznania mojego powołania, właśnie do życia w rodzinie...
Ale przykre jest, że będąc właśnie w klasztorze, nikt nie pomaga młodym osobom przygotowywać się w tym aspekcie. To jest czas rozeznawania i jest to piękny czas, ale gdy się odchodzi jest to czas trudny. I to bardzo, zwłaszcza gdy się wraca do rodziny, do świata, gdzie rodzina się wielce cieszy, bo przecież odzyskała utraconą córkę, a co z osobą która odeszła? Ma ogromny mętlik, bo nadal ma w głowie słowa sióstr o zmarnowanym powołaniu, mi nawet przełożona czytała list kobiety która jako młoda dziewczyna była w klasztorze i odeszła i jak to teraz w małżeństwie jest nieszczęśliwa, bo przecież czuje że zmarnowała powołanie... Nie ukrywam, że robi to wrażenie, a po odejściu łatwo też nie jest przecież. Trudno się przestawić, na świecką osobę, w klasztorze pełniłam funkcję zakrystianki.
Nadal nie umiem odpowiednio połączyć wiary z życiem, aby się to nie zamieniło w coś sztucznego i przesadnego.
Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo :) póki co uczę się tego, a teraz przygotowuję się do roli narzeczonej, żony i matki.
Baaa bardzo pomógł mi w tym klasztor, właśnie jeśli chodzi o kwestię "kobiecości" to tam nauczyłam się jej nie wstydzić, podkreślać.


Cz kwi 16, 2009 21:14
Zobacz profil
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr paź 18, 2006 20:10
Posty: 5496
Post 
Cytuj:
Ma ogromny mętlik, bo nadal ma w głowie słowa sióstr o zmarnowanym powołaniu, mi nawet przełożona czytała list kobiety która jako młoda dziewczyna była w klasztorze i odeszła i jak to teraz w małżeństwie jest nieszczęśliwa, bo przecież czuje że zmarnowała powołanie...


Cóż- ja też słyszałam taką historię od kolegi, który był zresztą niewierzący...

Rolą każdego chrześcijanina jest mówienie prawdy z miłością- nawet gdyby z tego powodu ktoś miał się zasmucić...

2 Kor 7: 8-12

Cytuj:
A chociaż może i zasmuciłem was moim listem, to nie żałuję tego; nawet zresztą gdybym i żałował, widząc, że list ów napełnił was na pewien czas smutkiem, to teraz raduję się - nie dlatego, żeście się zasmucili, ale żeście się zasmucili ku nawróceniu.

Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się [potem] nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć.

To bowiem, że zasmuciliście się po Bożemu - jakąż wzbudziło w was gorliwość, obronę, oburzenie, bojaźń, tęsknotę, zapał i potrzebę wymierzenia kary! We wszystkim okazaliście się bez nagany.

_________________
Nowenna pompejańska
Nowenna nie do odparcia
więcej:
http://pompejanska.rosemaria.pl/


Pt kwi 17, 2009 19:04
Zobacz profil

Dołączył(a): Cz lut 26, 2009 20:16
Posty: 20
Post 
Teresse napisał(a):
Rolą każdego chrześcijanina jest mówienie prawdy z miłością- nawet gdyby z tego powodu ktoś miał się zasmucić...
[/b]
[/quote]

tak jestem jak najbardziej za, ale pod warunkiem że jest to mówione z miłością, a nie w celu zatrzymania kogoś na siłę...


So kwi 18, 2009 12:33
Zobacz profil

Dołączył(a): So kwi 18, 2009 10:29
Posty: 1
Post 
To że ktoś wstępuje i po rozeznaniu że to nie jego miejsce występuje powinno być czyms całkowicie normalnym. Często niestety nie jest - byłem w seminarium diecezjalnym, sam odszedłem i doświadczyłem tego na własnej skórze, patrzą jak na jakiegoś dziwaka albo jak na zdrajcę. Po moim wystąpieniu najwięcej dobra doświadczyłem od ludzi bardzo luźno związanych z Kościołem - smutne to jest...

Teraz mam inny problem - moja dziewczyna, którą poznałem na pielgrzymce Benedykta XVI do Polski w maju 2006 roku, 3 miesiące temu wstąpiła do zakonu. Emocjonalnie sytuacja nie jest dla mnie łatwa - to akurat nietrudno się domyśleć. Choć widząc ją szczęśliwą - jakoś i moje serce cieszy się, choć to nie jest łatwe. Ale Jezus przecież nie obiecywał nikomu, że pójście za nim będzie proste, łatwe i przyjemne... Ciągle pytam Go - o co w tym chodzi, jaki On ma plan, co powinienem zrobić w tej konkretnej sytuacji? (oczywiście poza modlitwą za tę drogą mi osobę, o co zresztą sama mnie prosiła).

_________________
Któż jak Bóg?


So kwi 18, 2009 12:50
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Odpowiedz w wątku   [ Posty: 97 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna strona

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL