co mam robic ze swoim malzenstwem?
Autor |
Wiadomość |
Anonim (konto usunięte)
|
Kropka napisał(a): A jeżeli kilka lat po ślubie okaże się, że jej nie ma?
To znaczy, ze NIGDY jej nie było, a małżeństwo zostało zawarte przez nieodpowiedzialne osoby.
Zrozumcie wreszcie, ze małżeństwo to sprawa poważna, a nie kontrakt na hodowle swiniaka.
Często jednak bywa tak, ze dopiero po kilku latach ta milość staje się prawdziwa i dojrzała. To co na poczatku było tylko iskierka, po latach moze stać sie ogromnym ogniem.
W podanym tutaj przypadku watpie by miłosci nie było (6 lat). Po prostu facet potrzebuje porządnego kopa w tyłek, by zrozumiał , ze to już nie kawalerskie czasy.
Zreszta mozemy dużo mówić, ale nie znamy zdania drugiej strony. Marylinka opisała nam swoje subiektywne odczucia. Dlatego własnie radze udac sie do specjalistów i porozmawiać wspólnie i szczerze az do bólu.
|
Śr paź 25, 2006 10:12 |
|
|
|
 |
SweetChild
Dołączył(a): Cz cze 09, 2005 16:37 Posty: 10694
|
tolkien napisał(a): Gwarancja, próby, kupowanie "kota w worku" Hola hola... Czy skupiajac sie na szczegółach technicznych nie zagubiliśmy gdzieś istoty małżeństwa? Najważniejsza jest miłośc, która powinna spajac małżonków. Jeżeli ta miłośc jest prawdziwa to przetrwa wszystko, nawet najsilniejsze zawirowania. Jeżeli jej nie ma, to po co brać ślub? Co do istoty oczywiście zgoda, szczegóły techniczne muszą być podporządkowane istocie. tolkien napisał(a): To znaczy, ze NIGDY jej nie było, a małżeństwo zostało zawarte przez nieodpowiedzialne osoby. Właśnie, szczegóły techniczne mają na celu zwiększenie szans na stwierdzenie tego faktu przed ślubem i zmniejszenie ryyzka takiego odkrycia po ślubie. tolkien napisał(a): Zrozumcie wreszcie, ze małżeństwo to sprawa poważna, a nie kontrakt na hodowle swiniaka.
I o to chodzi, że sprawa jest zbyt poważna, aby zdać się na ślepy los.
|
Śr paź 25, 2006 10:26 |
|
 |
mateola
Dołączył(a): Pt cze 16, 2006 4:23 Posty: 1814
|
Nieciekawa sytuacja...
Ale to jedynie Twój punkt widzenia. Nie wiemy, jak tę sytuację widzi Twój mąż. Możliwe, że biegunowo odmiennie... a prawda pewnie jest gdzies na linii łączącej te dwa bieguny.
Tak, czy inaczej, czeka Was bardzo poważna rozmowa, podczas której trzeba sobie wyjaśnic, co jest dla każdego z Was ważne, czy zależy Wam na tym, by Wasze małżenstwo było szczęśliwe i czy - by w ogóle było.
Z tego, co piszesz, wynika, że Twój mąz stawia sprawę jasno: chce miec darmowy wikt, opierunek i łóżko na każde żądanie, bez względu na to, co Ty o tym myślisz.
Sądzi, że nabył darmowego robota seksualno-gotująco-piorącego, który ma po prostu wykonywac obowiązki i nie marudzic przy tym, bo jak nie, to on się zdenerwuje i pójdzie na dziewczynki...
Ty - albo wpiszesz sie w tę rolę, jaka dla Ciebie przewidział, albo dasz mu do zrozumienia, ze sie pomylił.
Ja bym też postawila sprawę jasno: nie jestem robotem seksualno-sprzątajacym, ani żadnym innym, tylko człowiekiem. Pewne rzeczy lubię, pewne zaakceptuję, ale są takie, na które sie nie zgodzę. Na tym polu możemy wypracowac kompromis, ale tu nie ustąpię.
Jeśli nie potraficie ze soba rozmawiac (emocje, awantury, wzajemne ranienie się) ale obojgu Wam zależy na Waszym małżeństwie, warto zapisac się do terapeuty, który zajmuje sie małżeństwami.
Trzymam kciuki i pozdrawiam.
|
Śr paź 25, 2006 10:39 |
|
|
|
 |
elka
Dołączył(a): N cze 22, 2003 8:58 Posty: 3890
|
jest tak, że ludzie będacy ze sobą, po kilku latach przezywają kryzys i obojętnie, czy są małżenstwem, czy nie - taki kryzys ich spotyka - te kryzysy są cykliczne, a lata kazdego cyklu sa mniej więcej podobne w każdym związku - dlatego polecam, jak mateola, poszukanie fachowej pomocy w rozwiązaniu Waszego kryzysu
_________________ Staraj się o pokój serca, nie przejmując się niczym na świecie, wiedząc, że to wszystko przemija.[św. Jan od Krzyża]
|
Śr paź 25, 2006 10:57 |
|
 |
mateola
Dołączył(a): Pt cze 16, 2006 4:23 Posty: 1814
|
Ale szybko poszło, nie odświeżyłam - a tu już wszystko napisane
Przy okazji, zgadzam się z tym, co pisze tolkien.
Próba... ludzie w małżeństwie dojrzewają, docierają sie do siebie, wypracowują wspólne sposoby postępowania... to trwa...
Małżeństwo jest PROCESEM. MY dzisiaj, to nie to samo, co MY 5, 10, 15 lat temu i nie to samo, co MY za 5, 10, 30 lat. Dlatego nie przekonuje mnie takie życie "na próbe" a zwałaszcza nadzieja, że taka próba pozwoli w przyszłości uniknąc życiowych porażek, czy choby nieporozumień.
Wydaje mi się, ze nie w tym rzecz. Ważne jest raczej to, by zdawac sobie spawę z tego, ze w życiu nic nie jest dane raz na zawsze - cały czas trzeba pracowac nad jakością związku (i nad sobą), bo codziennie budzimy się w nieco innej rzeczywistości.
Z drugiej strony jest to, o czym pisze SweetChild - stawka za wysoka, by zdac sie na ślepy los. Nie można ożenic żaby z jaskółką; pewnien "wspólny mianownik" jest potrzebny, zeby było na czym budowac...
|
Śr paź 25, 2006 11:04 |
|
|
|
 |
Kropka
Dołączył(a): N lip 30, 2006 9:08 Posty: 1456
|
tolkien napisał(a): Kropka napisał(a): A jeżeli kilka lat po ślubie okaże się, że jej nie ma? To znaczy, ze NIGDY jej nie było, a małżeństwo zostało zawarte przez nieodpowiedzialne osoby.
A jeżeli jedna strona po 10 latach małżeństwa dochodzi do wniosku, że nie kocha i właściwie to chyba nigdy nie kochała, idzie do swojej Prawdziwej Miłości, tamtą też po jakimś czasie zostawia i ... wraca do kochanej mamusi. To co ma zrobić druga strona, z tą swoją miłością?
_________________ Nie mam nic, co bym mogła Tobie dać, Nie mam sił by przed Tobą, Panie stać...
|
Śr paź 25, 2006 11:09 |
|
 |
SweetChild
Dołączył(a): Cz cze 09, 2005 16:37 Posty: 10694
|
mateola napisał(a): Ja bym też postawila sprawę jasno: nie jestem robotem seksualno-sprzątajacym, ani żadnym innym, tylko człowiekiem. Pewne rzeczy lubię, pewne zaakceptuję, ale są takie, na które sie nie zgodzę. Na tym polu możemy wypracowac kompromis, ale tu nie ustąpię.
Zgoda, tylko jakie jest rozwiązanie w sytuacji, kiedy Ty i małżonek stwierdzacie tu nie ustąpię, a wiąże Was już dożywotnio nierozerwalna przesięga małżeńska?
|
Śr paź 25, 2006 11:14 |
|
 |
mateola
Dołączył(a): Pt cze 16, 2006 4:23 Posty: 1814
|
SweetChild napisał(a): mateola napisał(a): Ja bym też postawila sprawę jasno: nie jestem robotem seksualno-sprzątajacym, ani żadnym innym, tylko człowiekiem. Pewne rzeczy lubię, pewne zaakceptuję, ale są takie, na które sie nie zgodzę. Na tym polu możemy wypracowac kompromis, ale tu nie ustąpię. Zgoda, tylko jakie jest rozwiązanie w sytuacji, kiedy Ty i małżonek stwierdzacie tu nie ustąpię, a wiąże Was już dożywotnio nierozerwalna przesięga małżeńska?
Jeśli kompromis nie jest możliwy, bo żadna ze stron nie ustąpi (a kompromis to zresztą nie zawsze jest najlepsza strategia), to warto szukac zupełnie innego rozwiązania, które zadowoli obie strony - czyli nie kompromis, a współpraca.
W tym momencie warto prosic o pomoc kompetentnych ludzi, bo oni widzą to wszsytko z boku, bez emocji i obciążeń - i byc może podpowiedzą coś, co umożliwi zainteresowanym ruszenie z martwego punktu. Często jest tak, że sami nie dostrzegamy wyjścia - zwłaszcza, jeśli sie zapętlimy, upierając sie jedynie przy swoim zdaniu. Jeśli nie damy sobie szansy na szersze spojrzenie na problem, to nie dostrzeżemy tych innych możliwości.
Oczywiście, to jest gdybanie. Nie wiemy, co zrobi Marylinka, nie wiemy, jak na to, co zrobi zareaguje jej mąż. No i znamy sytuację z bardzo pobieżnego opisu jednej ze stron.
|
Śr paź 25, 2006 11:49 |
|
 |
Incognito
Dołączył(a): Pt cze 18, 2004 13:21 Posty: 2617
|
Ja uważam, że bez względu na to czy autorka tematu opisała sprawę jednostronnie czy nie, mężczyzna który stawia kobiecie ultimatum "weź tabletki żebyśmy mogli uprawiać seks kiedy chcę, bo inaczej zdradzę cię z prostytutkami" nie jest nic wart. Naprawdę nie ma dla mnie znaczenia czy on się czegoś boi, czy może przeżywa stres bo został oderwany od mamusi - nic takich słów i postawy nie usprawiedliwia. Na miejscu marylinki, wystąpiłbym o stwierdzenie nieważności małżeństwa ze względu na zawarcie go z osobą niedojrzałą i stosującą szantaż seksualny.
_________________ Opuściłem forum wiara.pl i mój profil czeka na usunięcie.
Pożegnanie jest tutaj
|
Śr paź 25, 2006 12:01 |
|
 |
SweetChild
Dołączył(a): Cz cze 09, 2005 16:37 Posty: 10694
|
mateola napisał(a): Jeśli kompromis nie jest możliwy, bo żadna ze stron nie ustąpi (a kompromis to zresztą nie zawsze jest najlepsza strategia), to warto szukac zupełnie innego rozwiązania, które zadowoli obie strony - czyli nie kompromis, a współpraca.
W tym momencie warto prosic o pomoc kompetentnych ludzi, bo oni widzą to wszsytko z boku, bez emocji i obciążeń - i byc może podpowiedzą coś, co umożliwi zainteresowanym ruszenie z martwego punktu. Często jest tak, że sami nie dostrzegamy wyjścia - zwłaszcza, jeśli sie zapętlimy, upierając sie jedynie przy swoim zdaniu. Jeśli nie damy sobie szansy na szersze spojrzenie na problem, to nie dostrzeżemy tych innych możliwości.
Zgoda, też uważam, że należy zrobić wszystko co możliwe, a nawet jeszcze więcej, aby ratować związek, w którym przysięgaliśmy wytrwać aż do śmierci. Chciałem jedynie odnieść się do metod minimalizacji ryzyka wystąpienia takich kryzysowych sytuacji. Ale to raczej temat poboczny w tym wątku, do tego nieraz maglowany, więc nie będę go ciągnął 
|
Śr paź 25, 2006 13:28 |
|
 |
Anonim (konto usunięte)
|
Cytuj: proby rozmowy koncza sie awantura i stwierdzeniem ze wymyslam problem i zebym sie cieszyla bo mogloby byc gorzej Warto w takiej sytuacji zmienić sposób rozmowy...Bardzo często jest tak, że jesli zaczynamy rozmowę od np. pretensji to nastepuje eskalacja i awantura. Warto zapytać się męża, co mogę zrobić, aby być lepszą zoną? Wtedy pewnie odpowie, bo po prostu będzie mu się to opłacalo... Albo napisać do niego list-kartkę właśnie z takim pytaniem i prośbą , aby napisał co ja jako zona mogę w sobie zmienić...Jesli to się uda to wtedy powiedzieć, co on mógłby w sobie zmienić... Cytuj: nagle kompletnie przestal sie starac
Warto w takim wypadku zacząc doceniać i komplementować go za to co jeszcze robi...Np. naprawił krzeslo, wyrzucił stare gazety, zmienił żarówkę...Mężczyzni tez chcą być doceniani i tak jak kobiety lubią komplementy...Tylko, że zamiast "Ładnie wyglądasz", co lubią słyszec kobiety, oni wolą jak docenia się ich zaradność, staranie o byt finansowy...
Poza tym tez doradzam fachową pomoc w Poradni Rodzinnej...Może warto skorzystac z Katolickiego Telefonu Zaufania albo z porady jakiegoś duchownego...
Ja nie włączałabym do tego przyjacioł i rodziny...Mąz bedzie miał wrazenie, że donosisz na niego wszystkim wookoło i osmieszasz go...
Co do tabletek, to nie ulegaj szantazowi...Jezeli wczesniej zgodzil się na Naturalne Metody to powinien dotrzymac słowa...Jak raz ulegnie sie takiemu szantazowi to dojdą potem pewnie inne żadania, równie trudne do przyjecia dla katolika...
|
Śr paź 25, 2006 20:32 |
|
 |
marilynka
Dołączył(a): Wt paź 24, 2006 17:28 Posty: 15
|
Dziękuję wszystkim za wsparcie i rady...nie spodziewałam się aż takiego odzewu  już trzeci raz zaczynam moją wypowiedź, bo za każdym razem robi sie cała moja historia związku. To co napisałam na samym początku, zaczynając ten wątek, to tylko i wyłącznie mała częśc problemu i bardzo ogólne streszczenie. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego dokładnie, bo musiałabym naprawdę mocno się rozpisać. Generalnie- zdałam sobie sprawę przez ostatnie kilka dni, że problem istniał już od dłuższego czasu i błąd popełniłam ja, wychodząc za tego człowieka. Kiedy kobieta jest zakochana, jest w stanie wiele wybaczyć, wiele sobie wytłumaczyć, myśli, że po ślubie uda się jej wszystko poukładać. Mój mąż z kolei dobrze się kamuflował z wieloma sprawami, i również uważał, że po ślubie uda mu się mnie zmienić. A problem główny jest taki- on ciągle mnie krytykuje, szczególnie w kwestii wyglądu i ubrania. Przez kilka lat to znosiłam, wydawało mi się, że jak dojrzeje to zmieni zdanie, że z czasem sie zorientuje, że przecież nie to jest ważne...a on z kolei myślał, że w końcu po tych paru latach uda mu się mnie "przerobić" na swoją modłę. Długo to znosiłam, starałam się mu podobać, kosztem własnego dobrego samopoczucia, coraz bardzioej wierząc mu, że rzeczywiście muszę być beznadziejna, tracąc całe poczucie własnej wartości.. aż w końcu nadszedł taki moment, że zdałam sobie sprawę, że przez niego mam poważny problem psychiczny..szkoda, że ten monet nadszedł niedawno, już po ślubie...zaczęłam się buntować, popatrzyłam trzeźwo na to jakim jestem człowiekiem a jakiego on robi ze mnie, i swteirdzam, że chyba nie chce tak żyć! Zaczynam odczuwać w jak wielu kwestiach nie byłam w tym związku sobą, goniąc za jakimś jego ideałek, którym nigdy nie będę i którym zresztą nie chce być, bo jestem sobą ! Myślę sobie, że on tak reaguje teraz, bo zaczyna czuć, ze mu sie wymykam, że nie ma już nade mną takiej kontroli psychicznej. Wczoraj kiedy z nim rozmawialam, powiedział, że żona ma słuchać mężą, dla niego się ubierać, dbać o dom i być gotową na każde skinienie w łóżku. We wszystkich tych dziedzinach wymusza sobie bezwzględne posłuszeństwo. Być może jest to rekompensata tego, że w przyszłym roku prawdopodobnie obronie dyplom z architektury, i tym sposobem będę mieć wyższe wykształcenie niż on...
Poczekam jeszcze kilka miesięcy, może zda sobie sprawę, że nie można w ten sposób traktować własną żonę..jeśli nie, wystąpie o uznanie niewżności małżeństwa na podstawie jego nieprzystosowania do małżeństwa.
Zresztą ja sama nie wiem już, czy chcę dalej tego małżeństwa.. Ktoś pytał mnie czy ja go jeszcze kocham? Nie wiem...mam w sobie tyle żalu, i przez ten okres ranienia mnie obrosłam w taki pancerzyk, że sama nie wiem czy chcę mu znowu zaufać.
Poza tym jak npisał/ła Incognito- "bez względu na to czy autorka tematu opisała sprawę jednostronnie czy nie, mężczyzna który stawia kobiecie ultimatum "weź tabletki żebyśmy mogli uprawiać seks kiedy chcę, bo inaczej zdradzę cię z prostytutkami" nie jest nic wart"
Tym jednym zdaniem dał mi obraz samego siebie i tego jak wielkim jest egoistą...nie wiem czy ktoś taki kiedykolwiek jest się w stanie zmienić...
|
Cz paź 26, 2006 15:05 |
|
 |
marilynka
Dołączył(a): Wt paź 24, 2006 17:28 Posty: 15
|
ToMu napisał(a): Tyle, że samo mieszkanie ze sobą kobiety i mężczyzny - gdy nie dochodzi do współżycia - nie jest grzechem żadnym.
Myślę, że w sytuacji kiedy chłopak jest na tyle odpowiedzialny i dojrzały, że chce czekać ze współżyciem do ślubu, nie ma powodu aby go sprawdzać wspólnym mieszkaniem. No bo nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, kto miał tak silne zasady, nagle po ślubie, pokazał jakieś swoje inne oblicze..
|
Cz paź 26, 2006 15:11 |
|
 |
marilynka
Dołączył(a): Wt paź 24, 2006 17:28 Posty: 15
|
angua napisał(a): ToMu napisał(a): A, jeszcze o tym chciałam: marilynka napisał(a): Nie moge tego zrozumiec...wizja wykluczenia mnie z kosciola jest starszna...nie chce mi sie zyc, rownie dobrze moglabym popelnic samobojstwo.. Bo nie rozumiem. Z Kościoła nikt Cię nie wyklucza i nie ma zamiaru 
Ale jeśli jednak zdecyduje się na rozstanie, a nie uzyskam stwierdzenia nieważności małżeństwa, to przecież w przypadku rozwodu tak właśnie się stanie. Patrze jednak w przyszłość optymistycznie, i mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.. Swoją drogą uważam, że to niesprawiedliwe. Nawet morderca, jeśli bardzo żałuje, może uzyskać przebaczenie i być przywróconym na łono kościoła, a ludzie którzy chcą być szczęśliwi, nie krzywdząc przecież (w większości przypadków) innych, takiego prawa nie mają.
|
Cz paź 26, 2006 15:18 |
|
 |
marilynka
Dołączył(a): Wt paź 24, 2006 17:28 Posty: 15
|
tolkien napisał(a): Cytuj: To już nie jest wolny kawaler, któremu można wszystko. Który dostanie od mamy jeść i bedzie przez nia kompleksowo obsłużony. Może to byc także wina włąsnie jego mamy, która w swoim macierzyńskim zapale robiła za synusia wszystko, by tylko się nie przemeczał sprzątaniem. Teraz już mamusi nie ma ( i oby nigdy nie wkroczyła, bo rozwali małżeństwo),
Jego mam jest wspaniałą osobą, tylko niestety wygląda na to, że popełniła poważny błąd wychowawczy. Mój mąż jest najmłodszym dzieckiem, ma dwie starsze siostry więc wszyscy na niego dmuchali do granic możliwości. Jego mama ma anielską cierpliwość, jest kobietą niekonfliktową i spokojną, no i wszystko robiła dla niego. Nigdy też nie podniosła na niego głosu, nawet kiedy on sie odzywał nie tak jak powinien. I przez to teraz uważa, że wszystko mu się należy, bez żadnego poświęcenia, czułości i zrozumienia z jego strony. Dodatkowo na każdy mój podniesiony głoś, śmiertelnie się obraża i mowi, że jestem agresywna... Do wychowania mężczyzny potrzeba chyba jednak mocnej ręki..
|
Cz paź 26, 2006 15:24 |
|
|
|
Nie możesz rozpoczynać nowych wątków Nie możesz odpowiadać w wątkach Nie możesz edytować swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz dodawać załączników
|
|